Niedziela, 6 czerwca 2021

Najstarszy na świecie polskojęzyczny biuletyn internetowy
1987 - 2021
Bardzo nieregularny


REDAKCJA i Prenumerata: Czesław Piasta redakcja@KomOTT.net
Niektóre numery archiwalne: http://www.KomOTT.net
https://www.facebook.com/KomunikatyOttawskie

Redakcja nie odpowiada za treść podawanych ogłoszeń oraz treści i opinie zamieszczone w listach czytelników. W sprawie listów proszę kontaktować się bezpośrednio z autorami.

The editorial office is not responsible for the content of advertisements, the content and opinions contained in the readers' letters. With regard to letters, please contact the authors directly.

Komunikaty Ottawskie na Facebook i Twitter

Chcesz mieć codzienny kontakt z Komunikatami Ottawskimi - odwiedzaj stronę
https://www.facebook.com/komunikaty.ottawskie - dołącz do friends lub kliknij na guzik "follow"

KO na Twitter:  https://twitter.com/Kom_OTT

UWAGA: Komunikaty Ottawskie są rozsyłane z wielu kont poczty e-mail z powodu ograniczeń ilości adresów e-mail, na które wysyłana jest poczta w ciągu doby.  Redakcja sprawdza dość nieregularnie pocztę zaadresowaną na adres inny niż redakcja@komott.net

Msza św. "na żywo" w Saint Hyacinth Parish Ottawa   
https://swjacek-tv.click2stream.com

 

UWAGA:  Komunikaty Ottawskie (KO) przygotowują się do wielotygodniowego urlopu, który może rozpocząć się, gdy tylko warunki na to pozwolą. Mam nadzieję, że uda się zapowiedzieć tę przerwę w publikowaniu KO.

   

Ogłaszaj się w Komunikatach Ottawskich
Wszystkie ogłoszenia są bezpłatne.
Imprezy, wydarzenia, nekrologi, usługi, itp.
Wyślij e-mail na adres: redakcja@komott.net


W dzisiejszym wydaniu

- Pogoda dla Ottawy
- Wspierajmy polonijne biznesy w tych trudnych czasach!
- Usługi w zakresie remontów i napraw łazienek i kuchni.
- "Wedel" w lokalnej stacji CTV News Ottawa
- UWAGA STUDENCI UNIWERSYTETÓW !!  STYPENDIA
- Maria M. - Rozważania o prawdzie
- Janusz Charczuk:  Gdzie są chłopcy z tamtych lat..., c.d.
- OTTAWA:  Who can currently get the COVID-19 vaccine?
    Trzy etapy "otwierania" Ontario
- Ambasda RP: Zaproszenie Rok Lema - przegląd filmów online na podstawie twórczości Stanisława Lema
- Izabela Delekta-Wicińska – Na stulecie urodzin
- Podróże między Kanadą i Polską
- Komunikaty Parafii Św. Jacka Odrowąża w Ottawie

Dzisiejsze wydanie na stronie internetowej (kliknij na link):  https://komott.net
Dla wielu osób może to być wygodniejsza forma czytania Komunikatów - sprawdź.


Pogoda dla Ottawy

https://weather.gc.ca/city/pages/on-118_metric_e.html

Poniżej z innej strony internetowej, zapowiedź na 14 dni:
https://www.timeanddate.com/weather/@5989117/ext

Kolejna strona z pogodą dla Ottawy na 14 dni:
https://www.theweathernetwork.com/ca/14-day-weather-trend/ontario/ottawa#fourteendays-overlay



Wspierajmy polonijne biznesy
w tych trudnych czasach!

W Ottawie obowiązują restrykcje Stay-at-home, ale można dokonywać zakupów w polskich sklepach. Są one odpowiednio przygotowane do zachowania warunków bezpieczeństwa. Wiemy, że polskie produkty spożywcze są najlepsze.

Podobnie jak w innych sklepach, obowiązują maski i zachowanie 2 m odległości.
Poszczególne sklepy podają ile osób może przebywać wewnątrz sklepu jednorazowo.

Kupuj w sklepach polonijnych!
Korzystaj z usług polonijnych biznesów!




Polecam swoje usługi w zakresie
remontów i napraw
łazienek i kuchni.

25-cio letnie doświadczenie pracy w Kanadzie.
Przestrzegane środki bezpieczeństwa COVID-19.
    
Andrzej 613 286 8480


"Wedel" w lokalnej stacji CTV News Ottawa

Wedel Touch of Europe — to znany sklep polski w Ottawie. Od ubiegłego roku prowadzi go pani Justyna Borowska.  W maju 2021 sklep otworzył swoją drugą lokalizację w dzielnicy Westboro. Ostatnio p. Justyna miała okazję zaprezentować swój nowy sklep w kąciku "Curbside Pickup" na kanale stacji CTV Ottawa.



Nowa lokalizacja sklepu otwarta:
Poniedziałek - Sobota:   9:00 - 18:00
            Niedziela:  10:00 - 17:00
300 Richmond Rd., Ottawa (mapa)



UWAGA STUDENCI UNIWERSYTETÓW !!
STYPENDIA

 
Fundacja Dziedzictwa Polskiego w Kanadzie doskonale zdaje sobie sprawę z trudności finansowych, z jakimi borykają się studenci z powodu długotrwałej pandemii.

Mając to na uwadze, Dyrektorzy Fundacji, we współpracy z Kongresem Polonii Kanadyjskiej-Okręg Ottawa i Federacją Polek w Kanadzie, Ogniwo #8 oraz hojnemu wsparciu finansowemu Polonii w Ottawie, stworzyli PIĘĆ stypendiów o wartości $1,500.

Zapraszamy wszystkich studentów uniwersyteckich do przeglądnięcia informacji i do wypełnienia formularzy na stronie internetowej Fundacji: www.phfweb.ca

Prosimy upewnić się, że spełniacie kryteria stypendium. Prosimy nie wysyłać podania e-mailem. Podanie należy wysłać pocztą na adres podany w formularzu przed upływem terminu do 31 sierpnia 2021 r.

W przypadku pytań można skorzystać z adresu e-mailowego: fundacja.phf@gmail.com

Aby dotrzeć do jak największej liczby studentów, prosimy o rozpowszechnienie tych informacji.

ATTENTION UNIVERSITY STUDENTS!!
SCHOLARSHIPS


The Polish Heritage Foundation of Canada is well aware of the financial struggles that university students are finding due to the lengthy pandemic.

With this top of mind, Directors of the Foundation, in partnership with the Canadian Polish Congress-Ottawa District and Polish-Canadian Women’s Federation, Branch #8, and the generous financial support of the Polish Community in Ottawa, have created FIVE scholarships, each worth $1,500.

We invite all university students to view information and access application forms on the Foundation website:  www.phfweb.ca

Please ensure that you meet the criteria of the scholarship. Do not send your application by e-mail. An application must be forwarded using Canada Post and sent to the address on the application form by the deadline date of August 31, 2021.

If you have any questions, you may use the following e-mail address: 
fundacja.phf@gmail.com

In order to reach as many university students as possible, please forward and share this information.

Maria M.
W pewnym małym miasteczku...

Rozważania o prawdzie

Ulica o nazwie Potrójna, należała do jednych z najbardziej nieciekawych ulic małego miasteczka. Nie była ani potrójna, ani podwójna, tylko zwyczajnie pojedyncza. Wąska i pełna zakrętów. Po jednej stronie ulicy znajdował się park, po drugiej ciąg jednopiętrowych domów, przyklejonych do siebie i różniących się tylko numerami lub niewiele znaczącymi detalami. Domy od ulicy oddzielał betonowy chodnik i niewielki ogródek. Na wiosnę zwykle kwitły w nim bratki a jesienią astry. Za domami nieco większy ogród pozwalał mieszkańcom na posadzenie kilku drzew owocowych i uprawę warzyw na grządkach.

Z niewiadomego powodu numery domów były tylko nieparzyste. Jest prawdopodobne, że administrator miasteczka pozostałe numery zarezerwował do innych celów.

W domu pod numerem pięć mieszkało małżeństwo z córką. Dziewczynka uczęszczała do pobliskiej szkoły. Uczyła się dobrze i brała lekcje gry na pianinie. Dom pod numerem trzy zajmowała Starsza Kobieta. Sąsiedzi utrzymywali dość bliskie stosunki, czerpiąc z tego obopólne korzyści. Starsza Kobieta czasami potrzebowała pomocy w pracach dookoła domu, a za to od czasu do czasu opiekowała się Dziewczynką, gdy rodzice szli do kina lub do znajomych na późniejszą kolację.

Pomiędzy Starszą Kobietą a Dziewczynką nawiązała się pewnego rodzaju przyjaźń. Mimo ogromnej różnicy wieku rozumiały się dobrze, miały podobne zainteresowania i opinie na niektóre codzienne sprawy. Starsza Kobieta nie pracowała już od jakiegoś czasu. Duża część jej kariery zawodowej była związana ze szkolnictwem. Będąc bardziej precyzyjnym, jak lubiła to określać Dziewczynka, przez wiele lat pracowała jako nauczycielka. Bardzo lubiła pracę z dziećmi i często z sentymentem opowiadała Dziewczynce o swoich doświadczeniach. Przenosiło to Starszą Kobietę w pierwszej kolejności w przeszłość do jej lat dziecięcych, a następnie do etapu jej życia, gdy stojąc przed dziećmi w klasie szkolnej, brała w dłonie ich wyobrażenia o rzeczywistości i formowała je jak potrafiła najlepiej. Zdając sobie sprawę, że jej słowa mogą, choć niekoniecznie muszą, pozostać z nimi na długi czas. Możliwe, że przez ich pryzmat będą interpretować przeszłość, podglądać teraźniejszość i planować przyszłość. W krótkim czasie rozpoznała ich talenty, zarysy przyszłych osobowości i braki w możliwościach. W zależności od tego zaczęła je wyposażać w tarcze, przyłbice, ale też jedwabne rękawiczki jako narzędzia niezbędne do znalezienia pozycji w przyszłym życiu.

Pod wpływem spotkań z Dziewczynką fragmenty wspomnień ukryte głęboko w jej pamięci zaczęły formować łańcuch mocno powiązanych ogniw. Po raz kolejny odczuła jak duże znaczenie mogą mieć jej poglądy na kształtowanie się postępowania Dziewczynki. Jak głęboko, jeśli w ogóle, powinna mieć wpływ na to dziecko?

Mijały kolejne spotkania pomiędzy Starszą Kobietą a Dziewczynką, odmierzając w ten sposób, na początku tylko tygodnie, a potem miesiące ich znajomości. Każda z nich odczuwała wartość lub znaczenie spotkań, które czasami przekształcały się w momenty celebracji wspólnie spędzonego czasu. Rozmowy ich dotyczyły nie tylko tego co wydarzyło się w szkole, wspomnień z czasów dzieciństwa Starszej Kobiety, ale również ocierały się o znajomość gier komputerowych. Przemieszczanie się pomiędzy przeszłością a teraźniejszością było dla nich, jak podróże w czasie, z możliwością pozostania w tym samym miejscu.

Zbliżała się jesień. Dziewczynka jak zwykle, po skończeniu zajęć szkolnych, w drodze do domu, zatrzymała się u Starszej Kobiety. Tym razem miała dla niej schowany w plecaku własnoręcznie zrobiony prezent.

- Czy miałaś udany dzień dzisiaj w szkole? – zapytała Starsza Kobieta, zanim Dziewczynka zdjęła kurtkę.

- Tak – odpowiedziała Dziewczynka – chociaż właściwie nic specjalnie interesującego się nie wydarzyło.

- A czy zjadłaś drugie śniadanie?

- Oczywiście, że tak, przecież wiem, że mama stara się zawsze przygotować to co lubię – odpowiedziała z uśmiechem.

W pośpiechu zdjęła kurtkę, czapkę i buty i schyliła się w stronę plecaka stojącego na podłodze. Zanurzyła rękę w jego wnętrznościach i powoli zaczęła wysuwać z nich kolorowy pas wełny. Niespodzianka, nad którą pracowała od kilku tygodni, przybrała formę ciepłego szalika. Podała Starszej Kobiecie jeden jego koniec i obie gwałtownie za niego pociągnęły. Zaczepione o koniec szalika plastikowe pudełko upadło na podłogę. Starannie pokrojone warzywa i owoce rozsypały się niespodziewanie a spoza na półuchylonego wieka wystawała napoczęta kanapka. Dziewczynka z zakłopotaniem popatrzyła na Starszą Kobietę.

- Chodź, porozmawiamy – powiedziała Starsza Kobieta zapraszając ją gestem, żeby usiadła przy niej.

- Posłuchaj, na początku naszej znajomości założyłam, że kłamstwo nie stanie pomiędzy nami. Nie zdawałam sobie sprawy, że naturalne objawienie prawdy może być ponad twoje możliwości. Za dużo od ciebie oczekiwałam, wierząc, że jeśli ja mogę tego dokonać, ty też możesz. Dziś przestraszyłam się, że stan całkowitego zaufania do ciebie zostanie mi odebrany, że nasza znajomość nie będzie już taka sama a uczucie zawodu przysłoni mi radość naszych spotkań. Zapomniałam, że poprzez popełnianie błędów uczymy się jak ich unikać w przyszłości. Następnym razem miej odwagę powiedzieć mi prawdę, nawet jeśli będzie ona przykra lub z trudnością będziesz musiała ją sformułować. Poczujesz tą samą, głęboką ulgę jaką odczuwamy, gdy po dłuższym zanurzeniu się pod wodą ponownie możemy zaczerpnąć powietrza.

Dziewczynka rozpłakała się żałośnie, opuściła nisko głowę i skurczyła się w sobie.

- Nie jestem dobrą osobą – powiedziała.

- To nie jest właściwa postawa – odpowiedziała Starsza Kobieta - wyprostuj się, podnieś wysoko głowę, zastanów się co możesz zrobić, żeby nie powtórzyć tego co się stało. Daj z siebie co możesz najlepszego. Nawet jeśli potkniesz się jeszcze kilka razy, na pewno dotrzymasz obietnicy złożonej samej sobie a w rezultacie i dla innych.

Twarz Dziewczynki rozjaśnił uśmiech.

- Obiecuję - szepnęła cicho.

Starsza Kobieta objęła ją ramieniem i delikatnie przytuliła do siebie. Wzajemne zrozumienie i zaufanie zespoiło je w tym momencie.

Czas zmieniał sezony jeden po drugim. Po długiej i uciążliwej zimie nadeszła wiosna. Nareszcie można było schować głęboko do szafy ciepłe płaszcze, rękawiczki i czapki. Starsza Kobieta złożyła starannie szalik zrobiony przez Dziewczynkę i położyła go szuflady w komodzie. Wraz z poprawą pogody wybierała się na dłuższe i dłuższe spacery. Dziewczynka czasami jej towarzyszyła, ale również odwiedzała Kobietę w domu. Od czasu do czasu spożywały wspólnie posiłki. Najczęściej przygotowywała je Starsza Kobieta, ale uprzątanie naczyń ze stołu należało do obowiązków Dziewczynki. Tego tygodnia, w sobotę, rodzice Dziewczynki byli zaproszeni do znajomych. Poprosili Starszą Kobietę o spędzenie kilku godzin z córką.

Starsza Kobieta przygotowała zupę dla nich obu. Rozmowa podczas posiłku dotyczyła filmu jaki Dziewczynka obejrzała na początku tygodnia w szkole. Główną postacią filmu był naukowiec, pracujący nad recepturą idealnego syropu od kaszlu. Osoba bezwzględna i dążąca za wszelką cenę do osiągnięcia celu. Używająca metod podstępnych i nieuczciwych. W wyniku niespodziewanych wydarzeń, prowadzących do utraty całego dorobku prac naukowych, bohater zmienił swoje postępowanie, zdając sobie sprawę, że doprowadziło go do katastrofy nie tylko profesjonalnej, ale i osobistej.

Po skończonym posiłku dziewczynka oznajmiła nagle, że musi natychmiast wrócić do domu, gdyż zapomniała o bardzo ważnym zadaniu domowym, które powinno być gotowe na poniedziałek, a jego przygotowanie będzie wymagało wiele czasu. Chociaż nie było to zgodne z utartym postępowaniem, Starsza Kobieta ani nie wyraziła zdziwienia, ani nie zadała żadnych pytań. Pożegnały się jak zwykle i Dziewczynka poszła do domu. Zbierając ze stołu naczynia Starsza Kobieta zamyśliła się głęboko. Nie czuła się zawiedziona postępowaniem dziecka, ale miała poczucie, że…

W tym momencie usłyszała pukanie do drzwi wejściowych. Przez boczną szybę zobaczyła Dziewczynkę.

- Czy mogę wejść? – zapytała.

- Ależ oczywiście – odpowiedziała Starsza Kobieta, otwierając szerzej drzwi.

- Nie powiedziałam prawdy – zaczęła rozmowę Dziewczynka. Nie musiałam wrócić do domu natychmiast z powodu zadania domowego. Byłam umówiona z koleżanką i gdybym pomogła przy sprzątaniu ze stołu, na pewno bym się spóźniła. Nie wiedziałam, jak mam o tym powiedzieć. Mogłam się z nią umówić na późniejszą godzinę, ale rodzice nie bardzo ją lubią, więc skorzystałam z ich nieobecności. Jest mi przykro, nie powinnam tak postąpić.

- Przecież się nie gniewam – odpowiedziała Starsza Kobieta – doceniam, że przyszłaś mi to wyjaśnić. Czy pamiętasz, jak powiedziałam, że zanim dotrzesz do celu prawdomówności, możesz się potknąć kilka razy?

Widzisz, prawdę można rozumieć na kilka sposobów. Istnieje, jak niektórzy to nazywają, prawda obiektywna, co inni odrzucają twierdząc, że co dla mnie jest prawdą jest prawdziwe dla mnie, co dla ciebie jest prawdą jest prawdziwe dla ciebie. A więc prawda może być relatywna, ja mogę stwierdzić, że 1 + 1 = 2 a ty, że 1 + 1 = 3. Oczywiście jest to stwierdzenie absurdalne, gdyż niektóre rzeczy są prawdą dla wszystkich. Weźmy na przykład przyciąganie ziemskie. Wiesz dobrze, że gdy skoczysz z pewniej wysokości, spadniesz na ziemię. Mówiąc, że przyciąganie ziemskie nie istnieje, lub nie przyjmując tego faktu do wiadomości, nie można zmienić rzeczywistości. I to jest prawda obiektywna, dla wszystkich i wszędzie.

Niektórzy zadają sobie pytania:

Jakie miejsce ma prawda w moim życiu?

Czy jestem skłonny powiedzieć prawdę, nawet ponosząc ogromną cenę osobistą?

Czy jestem w stanie, uznać prawdę, nawet jeśli nie jestem w stanie żyć zgodnie z nią?

Nawet jeśli nie możemy dokonać czegoś co jest dobre, nawet jeśli dobrowolnie i z negatywnymi intencjami dokonujemy wyboru, żeby postąpić źle, powinniśmy nadal uznać co jest dobre i prawdziwe, niż próbować uzasadniać nasze postępowanie. Jest łatwo wpaść w pułapkę myślenia, że ponieważ nie możemy żyć zgodnie z prawdą, należy ją negować a co gorsze atakować. Ponadto jest bezpośrednia zależność pomiędzy prawdą a poczuciem szczęścia. Prawda prowadzi do szczęśliwości, kłamstwo czyni nas nieszczęśliwym.

Oczywiście w rezultacie prawda zwycięży, ale w międzyczasie nasza niechęć zaakceptowania prawdy, będzie kosztowała wiele ludzkiego cierpienia.

Dziewczynka słuchała w milczeniu, nie przerywając Starszej Kobiecie.

- Skąd wiesz to wszystko? – zapytała ją, gdy zapadło pomiędzy nimi milczenie.

- Życie nauczyło mnie słuchać uważnie tego co mają do powiedzenia inni, nie tylko wysoce wykształceni, nie tylko elokwentni, nie tylko ci hałaśliwi, nie tylko słowami, ale nie mówiąc nic. Każdy w tym temacie ma coś do powiedzenia, niesie swoją wizję prawdy.

- A jakie miejsce ma prawda w twoim życiu?

W pewnym mieście, są ulice podobne do tej opisanej w opowiadaniu, wąskie i kręte. Spacerując po nich w wyobraźni, słucham szeptów pokoleń, zamieszkujących w małych domach, ciasno przylegających do siebie. Tym razem dane mi było wysłuchanie opowieści o prawdzie. Moje rozważania na ten temat, zostały dostosowane do potrzeb i treści opowiadania, bowiem pojęcie prawdy, mówienie o prawdzie oraz próby jej zdefiniowania towarzyszą ludzkości od dawna. Jest to również obraz bardzo bliskiego mi dziecka zmagającego się z odkrywaniem natury prawdy.


Maria M.
mariam7@mail.com


W poprzednim wydaniu Komunikatów Ottawskich zamieszczona była pierwsza część bardzo skróconych wspomnień pana Janusza Charczuka. Zapoznałem się z dłuższą wersją jego opowiadań z roku 2006, zamieszczoną w archiwum "Lechii" Gdańsk. Stwierdziłem, że warto byłoby przedstawić tę wersję. Po dłuższej rozmowie z p. Januszem zgodził się na jej opublikowanie. W związku z tym, niektóre informacje w dzisiejszym odcinku mogą być powtórzeniem pierwszych wspomnień opublikowanych 28 maja 2021. Było tam o zwycięskim meczu z "Legią". Dziś dowiemy się, co pomogło piłkarzom "Lechii" w wygraniu tego meczu 

Gdzie są chłopcy z tamtych lat...
     Janusz Charczuk       
„Biografia z ołówkiem, szkicownikiem i piłką pod pachą"
Ustka, Słupsk, Gdańsk, Toronto

Ziemia odzyskana

Pierwsza piłka
Urodziłem się 20 lutego 1941 roku w Sokalu k. Lwowa. Przed wojną było to niewielkie powiatowe miasteczko, około 80 km na północ od Lwowa, malowniczo położone (wiem z opowieści rodziców) nad rzeką Bug. W czasie wojny prawostronna część Sokala była okupowana przez Rosjan, a lewobrzeżna część - tzw. Zaburze - przez Niemców. Moi rodzice mieszkali na Zaburzu, tam był nasz dom rodzinny. Okres okupacji spędziłem z rodzicami we Lwowie. W czasie tej wojennej i powojennej wędrówki dotarliśmy na tzw. Ziemie Odzyskane, najpierw do Słupska, a później (marzec 1947 r.) do Ustki. W tym mieście, w 1948 roku zacząłem uczęszczać do szkoły podstawowej (jedynej wtedy). Tam właśnie po raz pierwszy zacząłem kopać piłkę, tzw. "tenisówkę", czyli piłkę, którą grało się w tenisa. Graliśmy na boisku koło szkoły, które służyło do gry w dwa ognie - takie klepisko.

Pamiętam doskonale jak mniej więcej w tym samym czasie rodzice zapisali mnie na lekcje gry na pianinie u miejscowego organisty. Mniej więcej po pół roku "znęcania się" nad tym instrumentem, poszedłem do mojego taty i oznajmiłem, że zamiast grać na pianinie, wolę grać w piłkę. Ojciec bez długiego zastanawiania się powiedział: "dobrze, graj w piłkę". W tym samym również czasie byłem z moją mamą na wakacjach na wsi, w okolicy Bytowa. Przyjechał do nas mój tata i przywiózł mi najprawdziwszą, skórzaną piłkę. Rozmiarem była trochę mniejsza od normalnej piłki, ale z prawdziwą gumową dętką, którą należało najpierw napompować, następnie tzw. "cycek" zawiązać i schować do skórzanego pokrycia piłki i zasznurować skórzaną powłokę piłki. Do dziś pamiętam żółtawo-brązowy kolor tej piłki i ten niepowtarzalny zapach wyprawionej skóry. Nikt już nie wspominał o pianinie.

Hokejówki

W Ustce w tym czasie były dwa kluby: Stal i Korab. Zapisałem się do Stali (klub przy usteckiej stoczni). Pierwsza drużyna piłkarska Stali grała wówczas w C-klasie. Oczywiście żaden klub w Ustce nie posiadał trenera. Trening polegał na strzelaniu na bramkę z granicy pola bramkowego i później gry na dwie bramki. Zacząłem grać w juniorach Stali, a po 2 latach awansowałem do drużyny seniorów. Miałem wtedy niecałe 14 lat. Latem grałem w piłkę, a zimą jeździłem na łyżwach i grałem w tenisa stołowego. W tych ostatnich dyscyplinach również miałem niemałe sukcesy. Na zawodach powiatowych szkół podstawowych w Słupsku zdobyłem pierwsze miejsce i w nagrodę dostałem prawdziwe łyżwy hokejowe z butami. Tylko ja w Ustce mogłem poszczycić się takim sprzętem. W tym czasie byłem też mistrzem Ustki w tenisie stołowym. W Ustce nastąpiło połączenie dwóch klubów w jeden klub pod nazwę Korab. Klub ten występował w B-klasie ówczesnego województwa koszalińskiego. Załapałem się do pierwszego zespołu. Awansowaliśmy do A-klasy. Natomiast ja zostałem powołany do reprezentacji województwa koszalińskiego seniorów, co było moim osobistym sukcesem. W 1957 roku po raz pierwszy z tą reprezentacją wyjechałem za granicę, na Litwę.

Transfer do Czarnych
W tym czasie uczęszczałem już do Liceum Ogólnokształcącego w Słupsku, ponieważ w Ustce nie było szkoły średniej. Pewnego dnia Dyrektor mojego ogólniaka, prof. Wilczewski zawołał mnie do swojego gabinetu i zapytał "czy chcę grać w piłkę?" Odpowiedziałem, że tak. Wtedy postawił mi ultimatum, jeśli chcę grać w piłkę, to tylko w Czarnych Słupsk (ówczesna III liga). Powiedziałem: "ale ja mieszkam w Ustce i codziennie dojeżdżam do Słupska z Ustki pociągiem i po szkole też wracam pociągiem do domu. W tym układzie będzie mi trudno uczestniczyć w treningach z zespołem Czarnych". Pan dyrektor powiedział, że to też przewidział i powiedział mi, że nasza szkoła posiada w Słupsku internat i nie ma problemu, abym w nim zamieszkał. Wiedziałem, że dyrektor jest wielkim kibicem Czarnych i nie ustąpi. Rzeczywiście, jeśli chcę grać w piłkę, to muszę grać w Czarnych Słupsk. I tak w dziesiątej i jedenastej klasie (do matury w 1959 r.) byłem zawodnikiem Czarnych.

Angaż do Lechii

W międzyczasie zaczęły się u mnie kształtować poglądy na temat, co chcę robić po zdaniu matury. Jako 18-letni chłopak z Ustki wymarzyłem sobie ni mniej ni więcej, że będę grać w piłkę w I-ligowej drużynie piłkarskiej i w tym samym czasie będę studiował architekturę. Po zakończeniu kariery piłkarskiej chciałem zostać architektem. A więc wziąłem namiary na Gdańsk. Poszedłem do Lechii, ale tam nikt na mnie nie czekał z otwartymi rekami. Był to rok 1959, jesień. Zagrałem parę meczów w rezerwach i na tym sie skończyło. Na architekturę w tym roku też nie zdawałem. Tak więc nie wiele z moich zamiarów zostało zrealizowanych. Postanowiłem, że mimo wszystko będę grał w pierwszej lidze. Zacząłem ostro trenować zimą na hali, w szerokiej kadrze Lechii. Kadrę Lechii w tym czasie stanowili: Heniek Gronowski i Stasiu Uścinowicz (bramkarze), Hubert Kusz, Roman Korynt, Czesiek Lenc, Władek Musiał, Jurek Kaleta, Rysiek Szyndler, Jurek Czubala, Czesiek Nowicki, Roman Rogocz, Heniek Wieczorkowski, Bogdan Adamczyk oraz Jurek Apolewicz.Trenerem pierwszej drużyny był Henryk Serafin.

Pierwszoligowy debiut

Trener Serafin sprowadził do Lechii swoich byłych podopiecznych: Antosa, Dobosza i Krzysiaka (wszyscy z woj. kieleckiego) z którymi wszyscy wiązali duże nadzieje. Lechia sprowadziła też dwóch piłkarzy ze śląska, którzy mieli stanowić "tajną broń". Niestety nazwisk tych dwóch nie pamiętam. Załapałem się z tym towarzystwem na swój pierwszy prawdziwy obóz piłkarski (zimowy) do Polanicy. Była to chyba połowa lutego. Ciężka praca, dwa razy dziennie, często po kolana w śniegu. Bardzo mi się to podobało. Po pierwszym tygodniu, trener miał dwóch pretendentów do gry na pozycji środkowego napastnika: Rogocza i Charczuka. Zazwyczaj w sparingach Roman występował w pierwszej połowie, a ja po przerwie. Wyglądało na to, że byłem w kadrze pierwszego zespołu.

Po obozie Lechia jechała do NRD na parę meczów kontrolnych, a stamtąd na pierwszy mecz ligowy do Zabrza z Górnikiem. Wszystko zaczęło się kształtować po mojej myśli. Aż tu klops. Na kilka dni przed wyjazdem do NRD spóźniam się parę minut na capstrzyk (cisza nocna). Za kare nie jadę do NRD, wracam do Gdańska z tymi którzy nie załapali się do pierwszego zespołu. Ale w Gdańsku ostro trenuję razem z Romanem Koryntem, który też nie pojechał na mecze kontrolne. Do klubu przychodzi telegram z NRD, że mamy obaj stawić się w hotelu w Zabrzu na mecz z Górnikiem. A jednak. 13 marca 1960, mój debiut w pierwszej lidze.

Rozmowa z Jakubem Smugiem

Dziś (marzec 2006 - przyp.red.) zatelefonowałem do Pana Jakuba Smuga. Złożyłem Dostojnemu Jubilatowi spóźnione, ale najserdeczniejsze życzenia urodzinowe. Dziewięćdziesiąt dwa lata! Najstarszy żyjący piłkarz Lechii. Historia klubu. Rozmowa była dla obu z nas bardzo wzruszająca. Pan Jakub był wyraźnie zaskoczony. Nie spodziewał się telefonu ode mnie, nie spodziewał się telefonu z Kanady. Myślał że dzwonię z Gdańska. Powiedział mi, że doskonale mnie pamięta, moje nazwisko. Wspomniał, że nawet kiedyś rozmawiał na mój temat z pułkownikiem Oleszkiewiczem, ówczesnym Kierownikiem Studium Wojskowego na Politechnice Gdańskiej. Nie pamięta już tylko mojej twarzy. Panie Januszu, to było tak dawno - powiedział. Tak Panie Jakubie, to było dawno. 13 marca minęło 46 lat od mojego debiutu w barwach Lechii. Obiecałem Panu Jakubowi, że być może odwiedzę Go w tym roku w Gdańsku. Projektuję i maluję ikonę krzyża dla Kaplicy Królewskiej w Gdańsku. Uroczyste otwarcie Kaplicy ma się odbyć w tym roku, a więc być może i ja przyjadę z krzyżem.

Mieszkanie zamiast akademika

Mój związek z Lechią przypomina mi trochę Pana Smuga. Za przyjście do Lechii, za podpisanie zgłoszenia do klubu nie dostałem ani złotówki. Czarni Słupsk też nie dostali żadnych pieniędzy, ani żadnego sprzętu. Wtedy prawdopodobnie ja sam bym jeszcze dopłacił, abym tylko mógł grać w Lechii, w pierwszoligowej drużynie. A wiem, że nie zawsze tak było. Byli tacy którzy za przyjście do Lechii najpierw dostawali mieszkanie, po to żeby nigdy nie załapać się do pierwszego zespołu. Na początku mieszkałem w akademiku. Na pierwszym roku mieszkało nas pięciu w niewielkim pokoju, w akademiku nr 17., przy ulicy Konrada Leczkowa. Dostałem kawalerkę dopiero kiedy miałem już stałe miejsce w drużynie, kiedy miałem już tzw. "nazwisko". (Lechia dowiedziała się od Zygi Gadeckiego, że Legia Warszawa jest mną zainteresowana). To przyspieszyło decyzję na lokum.

Z kaszanką na Legię

...czyli o tym, jak kaszanka pomogła w zwycięstwie nad Legią w Warszawie.
Herbatka u Antka

W ten sposób związałem się z Lechią na dobre i na złe. Obecnie, gdy spojrzę na wszystko z perspektywy czasu, widzę, że tych dobrych momentów było zdecydowanie więcej. Nigdy nie przyszło mi do głowy, aby zmieniać barwy. Od pamiętnej chwili, kiedy 13 marca 1960 roku po raz pierwszy założyłem barwy biało-zielone, noszę je do dziś. Ten klub, ten stadion, ta drużyna miała i ma w dalszym ciągu coś magicznego, coś co trudno wytłumaczyć. Podobne skojarzenia występują kiedy człowiek, będąc już w dojrzałym wieku, z rozrzewnieniem wspomina dom rodzinny. Lata dziecięce, a potem młodzieńcze i te dorosłe - górne i czasami durne. Lechia była moją zastępczą rodziną. Niezwykłym sentymentem darzę ten stadion, budynek klubowy, szatnię pierwszej drużyny, pracowników klubu, działaczy, trenerów, no i oczywiście moich kolegów z drużyny. Prawie 10 lat mojego życia (w pełnym tego słowa znaczeniu) wiąże się z Lechią.

Nigdzie mi już później herbata tak dobrze nie smakowała, jak ta którą przyrządzał po treningu czy po meczu gospodarz stadionu pan Antoś Kaptowaniec. Pan Antoś mieszkał z małżonką w malutkim mieszkanku pod trybunami. Od czasu do czasu Wicher (Heniek Wieczorkowski) albo jakiś inny dowcipniś pytał się: Antoś, gdzie są moje skarpety, czy nie zaparzyłeś nam herbaty z moich skarpet? Antoś, z czyich skarpet dzisiaj parzyłeś herbatę? Wtedy Pan Antoni się pienił. Ale na krótko. Większość kadry pierwszej drużyny była z Panem Antosiem na "ty", mimo że Pan Antoni już wtedy miał może 70 lat, chociaż wyglądał na dużo więcej. Wspaniały facet, oddany Lechii i wielce zasłużony.

Węgierskie kłopoty

Po trenerze Serafinie obowiązki trenera pierwszej drużyny objął trener Piotr Nierychło ("Piter"). Nawet nieźle nam wówczas szło. Niektórzy z moich starszych kolegów z drużyny byli z trenerem na "ty", ale wielu nie zawsze zgadzało się z jego decyzjami. Jednak ciężka i przewlekła choroba stawów spowodowała ustąpienie trenera Nierychły ze stanowiska. Wówczas jego miejsce zajął nowy trener Lajos Szolar pochodzący z Węgier, przed nami trenujący Ruch Chorzów, z którym, jeśli się nie mylę, zdobył Mistrzostwo Polski.

Zaczęła się ciężka praca. Są dni, kiedy trenujemy 2 razy dziennie. Niektórzy starsi koledzy nie wytrzymują i w niedługim czasie klub organizuje im pożegnanie. Ja jestem na II roku Politechniki Gdańskiej, na wydziale architektury. Dużo zajęć, wykłady, ćwiczenia, kolokwia, egzaminy. Stosunki z trenerem układają mi się poprawnie, ale nie zbyt ciepło. Oprócz mnie w drużynie jest jeszcze jeden student, Staszek Uścinowicz, który jest już na IV roku politechniki. Stasiu jest naszym pierwszym bramkarzem, ponieważ Heniek Gronowski wyjechał "za chlebem" do polonijnego klubu w Australii. Wcześniej zrobił to Jurek Czubała (lekarz stomatolog).


Czasami miałem kłopoty z pogodzeniem moich zajęć na Politechnice z treningami, zwłaszcza kiedy trening odbywał się 2 razy dziennie. Próbowałem to uzupełniać na treningach w rezerwach (III liga). Trener Szolar był tym jednak wyraźnie niezadowolony. Wiele razy słyszałem komentarze łamaną polszczyzna, typu: "ja jestem zagraniczny trener, ja potrzebuję piłkarzy, a nie studentów". Komentarze powtarzały się zazwyczaj po naszym słabszym meczu (niekoniecznie moim). Te jego komentarze doszły w końcu do któregoś z naszych prezesów, prawdopodobnie do Dyrektora Gdańskiego Zjednoczenia Budownictwa inż. Michała Jarząbkiewicza, wielkiego przyjaciela piłkarzy, a mojego mentora. Jak się później dowiedziałem trener Szolar został wezwany "na dywanik". Trener dowiedział się, że Lechia zawsze przygarniała studentów, szczyciła się nimi i dlatego stanowi swego rodzaju ewenement w polskim światku piłkarskim. Dyrektor Jarząbkiewicz powiedział trenerowi, że nie widzi powodu, aby ten stan rzeczy zmieniać. Komentarze się skończyły, a ja w niektóre dni miałem indywidualny cykl treningowy.

Kaszanka po treningu